Wiesz, jak to zwykle wygląda. Strona prawie gotowa, brakuje jednego zdjęcia do sekcji „O nas". Wpisujesz w Google Grafikę „zespół w biurze", wybierasz to, które wygląda najlepiej, prawy przycisk, „Zapisz obraz jako". Zajmuje to chwilę i nikt już do tego nie wraca.
Do czasu. Po roku albo po trzech przychodzi list z kancelarii. Fotograf lub agencja stockowa pisze, że to ich zdjęcie, że nie masz licencji, i chce pieniędzy, usunięcia zdjęcia oraz oświadczenia, że to się więcej nie powtórzy. Pierwsza reakcja jest prawie zawsze ta sama: „to jakiś szwindel". Niestety, takie pisma są najczęściej prawdziwe i dobrze przygotowane. Zdarzają się też podróbki, o których piszemy niżej.
Google Grafika to wyszukiwarka
Nie jest to biblioteka darmowych zdjęć. Pokazuje wszystko, co ktoś kiedyś wrzucił do sieci, bez względu na to, czy miał do tego prawa i czy komukolwiek pozwolił to brać. To, że obraz da się zapisać na dysku, nic nie mówi o tym, czy wolno go użyć.
W Polsce zdjęcie jest chronione od chwili zrobienia. Autor nie musi go nigdzie rejestrować ani podpisywać znaczkiem ©. Jeśli zdjęcie nie jest Twoje, do jego użycia potrzebujesz zgody, czyli licencji.
Skąd ktoś wie, że zdjęcie wisi właśnie u Ciebie
Nikt raczej nie przegląda ręcznie stron małych firm. Robią to programy. Fotografowie i agencje korzystają z wyszukiwania po obrazie, które znajduje kopie nawet po przycięciu, zmianie kolorów czy nałożeniu napisu. Wyniki trafiają do kancelarii, a ta wysyła wezwania seriami. Skanowanie jest tanie, więc mała firmowa strona wcale nie jest dla takiego systemu „za mała". Dla części z tych podmiotów to po prostu model biznesowy.
Jak liczy się rachunek
Prawo autorskie pozwala twórcy żądać zaprzestania naruszeń, usunięcia zdjęcia i odszkodowania. Zamiast dokładnie wykazywać szkodę, może zażądać dwukrotności wynagrodzenia, które dostałby za udzielenie licencji na takie użycie. Kiedyś przy naruszeniu zawinionym było to nawet trzykrotność, ale ten fragment przepisu Trybunał Konstytucyjny uznał w 2015 roku za niezgodny z konstytucją. Często dochodzą jeszcze koszty pisma i obsługi prawnej. Dlatego rachunek bywa wielokrotnością tego, co kosztowałaby licencja kupiona na początku.
Argument „nie wiedziałem" zwykle niczego nie zmienia. Zdjęcie mógł wstawić pracownik, grafik albo kuzyn, który „zna się na stronach", a pismo i tak dostaje właściciel strony. Nie jesteśmy kancelarią, więc w konkretnej sprawie najlepiej porozmawiać z prawnikiem od prawa autorskiego.
Licencje na zdjęcia po ludzku
Licencja to regulamin użycia zdjęcia: autor mówi, co wolno, a czego nie. Spotkasz kilka rodzajów.
Royalty Free (RF) nie znaczy „za darmo". Płacisz raz albo masz abonament i nie dopłacasz za każde wyświetlenie, choć zwykle są jakieś ograniczenia, na przykład co do nakładu produktów na sprzedaż.
CC0 to zdjęcie oddane do domeny publicznej. Możesz je kopiować, przerabiać i używać komercyjnie, bez pytania o zgodę i bez podpisu autora. Z darmowych opcji ta jest najspokojniejsza.
CC BY i CC BY-SA są bezpłatne, ale wymagają podania autora, źródła i licencji. Jeśli o tym zapomnisz, możesz stracić prawo do użycia zdjęcia i wracasz do punktu wyjścia.
Warto też znać dopiski NC i ND. NC zakazuje użycia komercyjnego, a strona firmowa jest komercyjna zawsze, więc takie zdjęcia odpadają. ND zakazuje przeróbek, czyli nie przytniesz zdjęcia ani nie nałożysz na nie tekstu.
Przy darmowych bankach wystarczy zadać sobie trzy pytania: czy wolno użyć komercyjnie, czy trzeba podać autora i czy wolno edytować.
Gdzie szukać zdjęć
Na początek Unsplash, Pexels i Pixabay. Wszystkie trzy pozwalają na użycie komercyjne bez podawania autora, ale każdy działa na własnej licencji, a nie na CC0. Zabraniają m.in. sprzedawania niezmienionych zdjęć i pokazywania rozpoznawalnych osób w złym świetle. Nie gwarantują też, że autor zdjęcia miał zgodę osób, które na nim widać, ani na logo czy markę w tle. Przeczytaj aktualne warunki przed użyciem.
Jeśli zdjęcie ma pracować na sprzedaż, w kampanii, w druku albo na materiałach, które mają zostać na lata, lepiej sięgnąć po płatne serwisy: Shutterstock, Adobe Stock, iStock albo Depositphotos. Mają większy wybór i lepszą wyszukiwarkę, a odpowiedzialność prawna dostawcy jest pełniejsza. Nie potrzebujesz od razu abonamentu, często wystarczy kilka zdjęć rocznie.
Coraz częściej ludzie sięgają też po grafiki generowane przez sztuczną inteligencję. To wygodne, ale zasady są różne w każdym narzędziu: jedne pozwalają na użycie komercyjne tylko w płatnych planach, inne nakładają dodatkowe ograniczenia. Zanim wstawisz taką grafikę na stronę, przeczytaj regulamin narzędzia i zapisz, z którego planu korzystałeś.
Nawet w bezpiecznych źródłach warto zachować czujność:
- Zdjęcia wgrywają też użytkownicy, więc zdarza się, że ktoś dodał cudzą pracę. Ryzyko jest małe, ale istnieje.
- Przy zdjęciach osób sprawdź, do jakiego kontekstu sięga zgoda, szczególnie jeśli promujesz usługi medyczne, finansowe albo inne wrażliwe.
- Logo, znak towarowy albo rzeźba w tle ładnego kadru mogą być osobnym problemem.
- Zrób zrzut ekranu strony ze zdjęciem, z widoczną licencją, datą i adresem URL. Jeśli kiedyś przyjdzie pismo, będzie to pierwsza rzecz, którą pokażesz.
Zdjęcia z reklam, social mediów i stron konkurencji w ogóle nie wchodzą w grę, nawet jeśli wyglądają na darmowe.
Stock ma jeszcze jedną wadę
Zdjęcie z banku może być w pełni legalne i mimo to nie być Twoje. Ten sam uśmiechnięty zespół przy laptopie widziałeś pewnie na stronie ubezpieczyciela, biura rachunkowego i piekarni. Klienci tego nie analizują, ale wyczuwają, że coś jest nie tak, a strona robi się anonimowa.
Własne zdjęcia pokazują prawdziwych ludzi, prawdziwe biuro, realizacje i produkty. Mówią o firmie więcej niż deklaracja „stawiamy na jakość", a konkurencja nie może ich skopiować. Do tego masz komplet praw. Jeśli działasz lokalnie, jedna dobrze zaplanowana sesja wystarcza na lata: na stronie, w mediach społecznościowych, w ofertach i na wizytówkach. Najlepiej wychodzi, kiedy kolory, kadry i klimat zdjęć pasują do logo i reszty identyfikacji wizualnej.
Co zrobić, gdy pismo już przyszło
Jeśli list z kancelarii leży już na biurku, najgorsze, co możesz zrobić, to odpisać w pośpiechu albo zignorować go na kilka tygodni. Warto zrobić po kolei kilka rzeczy.
- Sprawdź nadawcę. Zdarzają się podrobione wezwania, w których zamiast dowodu naruszenia jest link lub załącznik z wirusem. Nie otwieraj niczego, czego się nie spodziewasz, i zweryfikuj kancelarię niezależnie, np. po numerze telefonu z jej oficjalnej strony.
- Zabezpiecz dowody. Zrób zrzut ekranu strony ze zdjęciem i zapisz, kiedy i przez kogo trafiło na stronę. Jeśli masz fakturę, zamówienie albo licencję, odszukaj je.
- Usuń zdjęcie. Samo usunięcie nie kasuje roszczeń za przeszłość, ale zatrzymuje dalsze naruszenie.
- Nie płać i nie podpisuj niczego od razu. Oświadczenia z kancelarii bywają sformułowane tak, że zobowiązują Cię do więcej, niż się wydaje, np. do kar umownych w przyszłości.
- Skontaktuj się z prawnikiem od prawa autorskiego. Kwota z wezwania bywa zawyżona i często da się ją negocjować, ale ocenić to może tylko ktoś, kto zna Twoje dokumenty.
Co zrobić już teraz
Jeśli na Twojej stronie od lat wisi kilkanaście grafik „skądś", przejrzyj je. Zacznij od tych, których pochodzenia nie pamiętasz. Wrzuć je do Google Lens albo TinEye: często zobaczysz, gdzie jeszcze występują i kto jest ich autorem. Te, co do których masz wątpliwości, wymień, zanim zrobi to za Ciebie czyjaś kancelaria.
Jeśli wolisz, żeby zajął się tym ktoś inny, przy projektowaniu stron internetowych w Krakowie i przy audycie stron www sprawdzamy też grafiki. Napisz do nas, a wskażemy ryzykowne zdjęcia i podpowiemy, czym je zastąpić, od banku zdjęć po sesję dopasowaną do Twojej identyfikacji wizualnej.
